My American Dream. Ola Sucharska opowiada o pobycie w Stanach Zjednoczonych.

Stany Zjednoczone – dla wielu ideał wolności, demokracji i równości, dla innych szansa na polepszenie swojego życia czy rozwinięcie kariery. Dla mnie to niesamowite doświadczenie pełne nauki i interesujących wniosków. Z resztą, zaraz sami się przekonacie…

Drogie koleżanki i mili koledzy, warto dawać z siebie w szkole wszystko! Właśnie dzięki temu minione wakacje spędziłam w państwie na czwartym miejscu pod względem powierzchni i trzecim miejscu w konkursie liczby ludności. Rada Pedagogiczna, Pani Kasia Jurkowska wraz ze swoim mężem Johnem oraz moja rodzina goszcząca sprawili, że to lato pozostanie w moim sercu na zawsze, za co im niezmiernie dziękuję.

Mój „Amerykański Sen” rozpoczął się 9 lipca i trwał sześć tygodni. Po trzech wyczerpujących lotach dotarłam do miejscowości Felch w stanie Michigan – mojego drugiego domu. Właśnie tutaj nastąpiło pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Nie zobaczyłam bowiem wysoce uprzemysłowionych Stanów z dużym zaludnieniem, lecz niemalże dzikie lasy krainy Wielkich Jezior. Okazało się też, że „bożkiem” dla miejscowych ludzi wcale nie jest pieniądz. Wiele bardziej cenią oni czas wspólnie spędzony z rodziną i znajomymi, zapierające dech
w piersiach zachody słońca, a także inne dary natury (w szczególności „biorące” ryby, jak przystało na ludzi jeziora). Nauczyłam się tutaj, że odwiecznie powtarzane przez uczniów przy omawianiu utworów Horacego carpe diem może znaleźć zastosowanie w realnym życiu. Zrozumiałam, jak ważna jest radość z każdej chwili, że martwienie się, co przyniesie jutro, prowadzi tylko do frustracji. Brałam po prostu przykład z Amerykanów, którzy wykazali się imponującą pogodą ducha, „wyluzowanym” podejściem do życia i ogromną życzliwością.

Jednak mimo tak dobrej opieki, jaką otrzymałam od rodziny Lindholmów, bardzo tęskniłam za swoimi bliskimi. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo kocham moją ojczyznę
oraz rodowity język i że nic nigdy nie będzie w stanie tej miłości zastąpić.

To na tyle z tej nauki, teraz czas na rozrywkę! Koszykówka, sporty wodne jak tubing, wakeboarding, paddleboarding, pływanie kajakami czy łowienie ryb są tam na początku dziennym. Moja pierwsza reakcja na taką dawkę adrenaliny była prześmieszna – kurczowo trzymając się pontonu, na którym z zawrotną prędkością byłam ciągnięta przez skuter wodny, w kółko powtarzałam z zamkniętymi oczami „I’m gonna die!”. Zabawa okazała się jednak nie do opisania. W połączeniu z częstymi ogniskami (idącymi w parze z jedzeniem smores’ów), wieczornymi konkursami strzelania do celu z BB gun’ów i obserwowaniem zjawiskowego nocnego nieba była po prostu bombowa!

Oprócz Michigan zobaczyłam też Wisconsin, Minnesotę i Dakotę Południową, czyli cały przekrój amerykańskich krajobrazów: od gęstych lasów i największych jezior na świecie na północy przez pola kukurydzy o imponujących rozmiarach, Wielkie Równiny, stepy i prerie z niesamowitymi górami z piaskowca, aż po podnóże groźnych Gór Skalistych, których zbocza są pokryte czerniejącymi z oddali lasami sosnowymi.

Moim pierwszym większym punktem na wycieczce krajoznawczej były Badlands, czyli góry i doliny ciągnące się przez 60 mil, całe z piaskowca przyjmującego barwy od żółci
aż po róż. Z pozoru są niesamowicie suche i nieprzyjazne, jednak po kilku godzinach można dostrzec ich surowe piękno, docenić głuchą ciszę i może nawet wypatrzeć życie, którym
w rzeczywistości tętnią Badlands. Wiele kilometrów dalej moim oczom ukazały się rdzawo-czarne góry, ponieważ następnym przystankiem był Custer State Park w regionie Black Hills. Ten park urzekł mnie w szczególności. Wędrówki wśród wyjątkowych rzeźb skalnych dłuta wody wykonanych przed wieloma milionami lat, małe jeziora z taflą tak spokojną, że mogłyby posłużyć za lustro, dzikie stada bizonów, lunch w otoczeniu piesków preriowych – to tylko niektóre z przygód, jakie mnie tu spotkały. Równie niezapomniana pozostanie Devils Tower, magmowa, samotna góra wznosząca się na około 1,5 km pośrodku równiny. Oprócz tego,
że jest obiektem kultu rodowitych Indian, stanowi także raj dla miłośników wspinaczki. Byłam także 200 stóp pod ziemią w Wind Cave, węglanowej jaskini, która swoją nazwę zawdzięcza panoszącym się w niej wiatrom wyrównującym jej ciśnienie z tym panującym na zewnątrz. Ciekawym punktem wycieczki było też safari w Bear Country, gdzie w odległości kilku metrów ode mnie widziałam zarówno dorosłe, jak i psotne młode niedźwiedzie (w tym niedźwiedzia grizzly), wilki, lwy górskie i wiele innych zwierząt. Ukoronowaniem mojego wyjazdu była Góra Rushmore z 18-metrowymi obliczami czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych: George’a Washingtona, Thomasa Jeffersona, Theodore’a Roosevelta oraz Abrahama Lincolna, którzy swoją działalnością w szczególności przyczynili się do rozwoju USA. Po tak patetycznych przeżyciach z przyjemnością oddałam się zabawie w Noah’s Ark – największym wodnym parku rozrywki w Stanach.

To, co dobre, niestety szybko się kończy. Dopiero co zakosztowałam amerykańskiego życia w pełni, a już musiałam lecieć do Polski. Sama podróż powrotna okazała się sprawdzianem dojrzałości i zaradności (w tamtej chwili ogromnie stresująca, teraz jest niezłą przygodą do opowiadania wnukom). Po tak obfitych w zabawę i naukę wakacjach, bogatsza
w nowe doświadczenia (oraz trochę tkanki tłuszczowej) z przyjemnością wróciłam do mojej rodziny. Co prawda, gdzieś głęboko w moim sercu zakiełkował żal, że być może już nigdy nie spotkam Lindholmów, że ten wyjazd do słynnych Stanów Zjednoczonych był pierwszy
i ostatni, lecz z drugiej strony – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Zapraszam do galerii.

Aleksandra Sucharska