II a PGS, czyli ludzie, którzy cierpią na sklerozę…

Czyli parę słów o wycieczce do Rzymu…

Skleroza – bardzo popularne schorzenie, szczególnie popularne w gimnazjum, polegające na niepamiętaniu niczego, co ma związek ze szkołą, sprawdzianami i kartkówkami. O dziwo, ludzie dotknięci tą chorobą, niesamowicie dobrze pamiętają różnego rodzaju spotkania towarzyskie, wpadki różnych nauczycieli czy chociażby wynik wczorajszego meczu. Ponad 90% ludzi z naszej klasy cierpi na tę okropną chorobę. Oznacza to, że wolimy się bawić niż uczyć (chociaż myślę, że większość uczniów podziela nasze zdanie). Nic więc dziwnego, że nasza klasa, jadąc do Wiecznego Miasta, miała nadzieję na niekończącą się zabawę. Nasze wychowawczynie, p. Anita Stawik i p. Jolanta Babiracka, zdawały się podzielać naszą wizję. Już przed wyjazdem narzekały, że w ciągu tej wycieczki na pewno stracą głos, że co najmniej jedna osoba wyląduje w szpitalu i że już na pewno nikt w nocy nie będzie spał. Nie chcieliśmy wyprowadzać ich z błędu.

Pełni szczęścia, że choć na chwilę możemy wyrwać się z domu i od obowiązków, wsiedliśmy do autokaru. Oczywiście, każdy kolegów zapewniał, że on na pewno nie zaśnie, będzie siedział przytomny przez całą podróż i robił zdjęcia śpiącym osobom (co oczywiście zostało od razu zabronione). Nie wiem, czy znalazła się osoba, która dotrzymała swojego słowa. W gruncie rzeczy podróż minęła przyjemnie bez żadnych gwałtownych zwrotów akcji. Naszym pierwszym przystankiem w podróży była Wenecja. Mieliśmy nadzieję, że zostaniemy ciepło przywitani przez miejscowych. Niestety, jedynymi osobnikami cieszącymi się na nasz widok były gołębie i sprzedawcy. Te pierwsze, ponieważ byliśmy ich potencjalnymi ofiarami, ci drudzy, ponieważ spodziewali się, że coś od nich kupimy. Naiwne stworzenia!

Po całym dniu chodzenia i patrzenia na kanały, zwiedzenia nieskończonych ilości zabytków, nadszedł czas na nasz pierwszy nocleg we Włoszech. Po kilku godzinach, niekończących się narzekaniach, śmiechach i porządnej kolacji, panie w końcu zdołały zagonić nas go łóżek. Następny dzień był bardzo słoneczny. Szkoda tylko, że mieliśmy spędzić go w autokarze, jadąc do Rzymu. Tam znów zwiedzaliśmy, zwiedzaliśmy i jeszcze raz zwiedzaliśmy. I choć ksiądz dyrektor wiele zrobił, żebyśmy zapamiętali jakieś daty lub życiorysy różnych rzeźbiarzy i malarzy, my, z powody naszej sklerozy, zapamiętaliśmy zwłaszcza: widok uciekających przed policją sprzedawców, pewnego niesamowitego Jamajczyka i miejsce, gdzie sprzedają najpyszniejsze lody świata.

I tak błogo mijały nam dni. Ksiądz mówił, uczył, my słuchaliśmy, ale niestety natłok informacji nie sprzyjał ich zapamiętywaniu. Wytłumaczenie: wiadomo – skleroza. Co dziwne, nikt nie miał nam tego za złe. Widać było, że nasza klasa postawiła na integrację, nie zamierzając uczyć się na wczasach.

Chociaż nie, czegoś się nauczyliśmy. Dowiedzieliśmy się, że nie należy lekceważyć przeczuć pań. Faktycznie, jedna osoba z naszej klasy wylądowała w szpitalu z powodu nieszczęśliwego upadku, a niektóre noce mogłyby być spokojniejsze. Ale mimo to, zgodnie stwierdziły, że na naszej wycieczce wcale nie było tak źle. My za to podzielaliśmy zdanie Samuela Adalberga, który powiedział kiedyś ,,Dobre było, ale mało, jeszcze więcej by się zdało’’, panie zaś, w takich momentach łapały się za głowy i dyplomatycznie milczały.

Zapraszamy do galerii.