Michał Dutkiewicz w Ziemi Świętej

RELACJA MICHAŁA DUTKIEWICZA Z ZIEMI ŚWIĘTEJ. PRZECZYTAJCIE KONIECZNIE I ZOBACZCIE FILM!
 
Jest wiele miejsc na świecie, które potrafią zachwycić i które warto zwiedzić. Są jednak też takie, które poza tym wszystkim sprawiają, że wyjazd staje się niesamowitym przeżyciem. Jednym z nich jest Ziemia Święta. W ramach nagrody za moje zaangażowanie w życie szkoły Ksiądz Dyrektor postanowił umożliwić mi w te wakacje wyruszenie z pielgrzymką właśnie do tego miejsca. Izrael jest niepowtarzalnym miejscem. Jest to kultura daleka od europejskiej, w której muszą koło siebie żyć trzy wielkie religie. Wiele jest dla Europejczyka prawie nie do pojęcia. To, że jest w kraju objętym wojną, że w jednym kościele są cztery wyznania czy że cała ulica jest jednym wielkim targiem, na której wszędzie (dosłownie wszędzie) coś leży, a jeszcze ktoś próbuje przejechać motorem.
Jest jednak przede wszystkim miejscem, gdzie jesteśmy wstanie pokazać gdzie działy się poszczególne rozdziały Ewangelii. Jest to niesamowite przeżycie, gdy klęczysz na Golgocie i wiesz, że to właśnie tu, te kilka metrów przed tobą jest miejsce gdzie “się wypełniło Pismo”. Mogłem zobaczyć wiele niezwykłych miejsc związanych z Pismem Świętym czy z pierwszymi chrześcijanami. Odwiedziliśmy zarówno bazyliki związane z najważniejszymi wydarzeniami Ewangelii jak i miejsca najważniejsze dla tamtejszych społeczności (Ściana Płaczu, Plac Świątynny). Miałem okazję te wszystkie rzeczy zobaczyć na własne oczy i za to chciałbym bardzo podziękować tym, którzy się do tego wyjazdu przyczynili. Jestem pewien, że wspomnienia z tego przeżycia (bo słowo “wyjazd” jest tu chyba zbyt błahe) zostaną w mojej pamięci na długo.
 
 

Marysia Miś o podróży do Ameryki

Dzień przed wyjazdem zanotowałam krótki zapisek o tym, jak się denerwuję, jaka jestem podekscytowana i jak zżera mnie trema – choć nawet nie wiem, przed czym. Napisałam: „Potworny stres odbiera mi radość podróży  – ale może bez niego cała ta przygoda straciłaby sens?”

Kilka godzin później wstałam, dzielnie chwyciłam swój paszport i walizkę i ruszyłam w nieznane. Już sama podróż była dla mnie interesującym doświadczeniem. „Latanie jest dziwne – pisałam w którymś z samolotów – wolałam zdecydowanie wersję przedstawianą przez Jamesa Barriego. Lotniska też są dziwne i nie mają ogólnych zasad. Należy się z góry nastawić, że każde jest inne. W Monachium czułam się jak w gigantycznej galerii handlowej, a w Chicago jest tak, jakby samo lotnisko było odrębnym miastem, które żyje swoim życiem.” Pewne jest jedno – gdziekolwiek by się nie było, zawsze jest tam pełno ludzi, którzy uśmiechają się niezależnie od pory dnia i są chętni do pomocy, gdy tylko okaże się im paszport. Jest też mnóstwo wyczerpanych podróżnych, którzy czują się (i wyglądają), jakby ich przeciągnięto przez mielarkę do mięsa.

Zabawne wydaje mi się to, że ochrony lotniska wcale nie obchodzi to kim się jest, tylko co się przy sobie ma. Przykładowo – byłam na lotnisku w Chicago i zauważyłam coś co mnie zaciekawiło, więc zrobiłam temu zdjęcie telefonem (sama już dokładnie nie pamiętam co to było). Zaraz napadła na mnie czarnoskóra kobieta w mundurze, żebym nie robiła jej żadnych zdjęć i natychmiast usunęła to, które już mam. Oczywiście ja wcale nie miałam jej zdjęć, ale mimo to postąpiłam zgodnie z jej poleceniem. W międzyczasie okazało się, że wystąpiły jakieś problemy z dokumentami pani Kasi, więc obie trafiłyśmy do małego, brudnego pomieszczenia, obok stanowiska ochrony, pełnego dziwnie wyglądających ludzi, zwierząt w klatkach podróżnych i kilku zmęczonych pasażerów, którzy – zapewne tak jak my – trafili tam przez nieporozumienie. Czekałyśmy tam dosyć długo, aż wreszcie postanowiłam sprawdzić, czy nasze bagaże nie pojawiły się w tym czasie na taśmie. Wyszłam więc z tej „osobliwej strefy”, ale nie zdążyłam zrobić trzech kroków, a już drogę zagrodziła mi ta sama pani ochroniarz, którą spotkałam wcześniej. Próbowałam jej wyjaśnić, że idę tylko po bagaże i że nie chodzi nawet o dokumenty moje, tylko mojej towarzyszki podróży, ale kobieta była nieugięta. Wcale nie chciała słuchać moich wyjaśnień – poprosiła mnie o paszport, a gdy tylko wyjęłam go z torebki, ukazując zaledwie rąbek całego dokumentu, puściła mnie, nie sprawdzając nawet jego ważności.

Będąc już w ostatnim samolocie (z Chicago do Greenbay) zapisałam następującą notatkę: „Przez mgłę i obłoki przedzierają się szczyty amerykańskich drapaczy chmur. Między nimi, na gorących asfaltowych drogach pałętają się malutkie – niczym mrówki – samochody. Patrząc na to wszystko przez samolotową szybę, zdałam sobie sprawę, że to nie sen – to dzieje się naprawdę, a Chicago, nad którym właśnie przelatuję stanowi tylko zalążek tego Wielkiego Świata, który mnie wita.”

Będąc już na miejscu poczułam się nieco skrępowana. Wszystko wydawało się być inne – samochody, drogi, po których jeździły, drzewa, które mnie otaczały, ludzkie głosy i spojrzenia też – choć wyrażały te same, dobrze mi znane emocje, ale w zupełnie inny sposób. Nagle moja pewność siebie odeszła, a wykrztuszenie chociaż słowa po angielsku sprawiało mi ogromną trudność, więc uśmiechałam się i potakiwałam, mimo że nie rozumiałam wszystkiego co ktoś do mnie mówił. Otuchy dodały mi słowa Johna, który widząc moje skrępowanie powiedział „i tak jesteś od nas wszystkich lepsza. Bo znasz polski i angielski – nawet jeśli nie w pełni – a my znamy tylko angielski, a o polskim nie mamy pojęcia.” Automatycznie się uśmiechnęłam i odetchnęłam z ulgą, rozumiejąc, że nie muszę – a nawet nie powinnam – czuć na sobie żadnej presji. Potem John dodał jeszcze jedno zdanie, które bardzo zapadło mi w pamięci i które towarzyszyło mi przez całą moją podróż.

„Whole live i an adventure… and this is part of it.”

Tak zaczęła się moja wielka podróż, która miała dla mnie przede wszystkim wymiar psychologiczny. Nigdy bym nie przepuszczała, że kilka tygodni spędzonych w zupełnym odcięciu od wszystkiego, co na co dzień mnie otacza, może tak diametralnie zmienić moje myślenie na wiele spraw.

Przede wszystkim, już po kilku dniach spędzonych na terenie USA, stało się dla mnie jasne, że większość stereotypów, w które wierzymy to bzdury. Amerykanów można – moim zdaniem – opisać w trzech słowach: uśmiechnięci, pełni energii i rodzinni. Amerykańska „family” jest najważniejszą i podstawową jednostką w życiu każdego człowieka. Mama, tata i dzieci… oraz sztab dziadków, babci, kuzynek, cioci i wujków… działają jak jeden, dobrze naoliwiony organizm. Ja również przez kilka tygodni stałam się jednym z trybików w rodzinie Bowersów. Niki (wysportowana i radosna mama), Jamie (wysportowany i zabawny tata), ośmioletnia Zayda (również wysportowana i pełna energii) oraz piętnastoletnia Ariana (określająca samą siebie, jako „totally unfit”) sprawili, że to lato na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Zadziwiająca okazała się być również natura. Kiedyś pierwszym, automatycznym skojarzeniem z Ameryką były drapacze chmur, ogromne miasta i tłumy ludzi. Teraz są to sarny, gigantyczne jeziora i gęste lasy – niemal puszcze – pełne majestatycznych orłów i jeleni. Wychodząc na spacer, w ciągu dziesięciu minut, można było spotkać nawet pięć saren. Ta bliskość natury, którą bardzo odczuwałam (być może dlatego, że dom, w którym mieszkałam był położony właściwie w lesie i miał własne dojście do jeziora), sprawiła, że moje wyobrażenia o Wielkim Świecie diametralnie się zmieniły. Zrozumiałam, że prawdziwy urok Ameryki kryje się właśnie w tej niezwykłej potędze przyrody.

Niedaleko naszego domu było pole, a zaraz obok niego mieszkała pewna kobieta. Spotkałam ją po raz pierwszy, kiedy wraz z Arianą i Zaydą poszłyśmy oglądać zachód słońca. Była niska i krępa, a liczne zmarszczki na jej twarzy sugerowały nie najmłodszy wiek. Miała ona obok domu małą zagrodę z krowami (które wcale nie wyglądały, jak polskie krowy), kucykiem i osiołkiem. Zayda była nimi zachwycona, więc spędziłyśmy tam kilka minut, aż wreszcie kobieta wyszła się z nami przywitać. Rozmawiałyśmy chwilę, kiedy nagle z lasu wybiegło kilka saren. Biegały po polu, które powoli zatapiało się w zachodzącym słońcu, a kobieta zniknęła znów w swoim domu i po jakimś czasie wróciła z miską pełną jedzenia. Zaczęła wołać w stronę saren. „Joe!” – wykrzykiwała, aż wreszcie najmniejsze ze zwierząt odłączyło się od reszty, podbiegło, pozwoliło się pogłaskać i w kilka sekund opróżniło zawartość miski. Spotykaliśmy czasem tę kobietę, ale zawsze zapominaliśmy zapytać ją o imię, więc nazywaliśmy ją „The Dunkey Lady”. Nigdy nie poznałam – i zapewne już nie poznam – jej prawdziwego nazwiska.

W czasie wycieczek do Greenbay i Milwaukee, podczas podróży samolotem, na paradzie z okazji Independence Day, czy nawet na spacerach w okolicach mojego Florence miałam okazję poznać naprawdę wiele osób. Począwszy od czarnoskórej pani ochroniarz w Chicago, przez Dunkey Lady, aż do grupy amerykańskich żołnierzy, których spotkałam we Frankfurcie, w drodze powrotnej, każdy z nich pozostawił we mnie cząstkę siebie i sprawił – być może nieświadomie – że pisząc to wszystko uśmiecham się.

Wiele osób po powrocie pytało mnie, co najbardziej mi się podobało, albo co najlepiej zapamiętam z tej podróży. Myślę, że mimo wielu niezwykłych rzeczy, które widziałam i przygód, które przeżyłam, najbardziej urzekło mnie właśnie to niesamowite i pozytywne nastawienie ludzi. Normalne jest tam, że każdy się wzajemnie szanuje i jest dla siebie po prostu miły. Normalne jest, że spędza się razem czas w bezproblemowej, „luźnej” atmosferze. Nikt się nie dziwi, że starsza pani karmi sarny, albo że nieznajomy podejdzie na ulicy, by powiedzieć, że podoba mu się twoja koszulka – czego też miałam przyjemność doświadczyć. Ludzie są po prostu otwarci i zadowoleni. Na standardowe pytanie „how are you?” po prostu należy odpowiedzieć „good” – i czasem to słowo, zapewnienie kogoś, że jest dobrze, sprawia, że w naszej psychice też wszystko staje się łatwiejsze.

Jestem ogromnie wdzięczna za to wszystko, co przeżyłam tego lata. W tym miejscu warto zwrócić kilka słów do pani Kasi Jurkowskiej, jej męża Johna, całego ciała pedagogicznego, Bowersów i wszystkich, których miałam okazję poznać podczas mojej podróży – dziękuję, za możliwość przejścia tak cennej lekcji charakteru, która niewątpliwie wpłynęła w znacznym stopniu na moją osobowość i nastawienie do świata. Przygody to jedno – i zdecydowanie mi ich tego lata nie brakowało – ale o wiele ważniejszymi rzeczami, które przywiozłam z Ameryki są wspomnienia, spokój i optymizm, którego nauczyłam się od ciepłych i otwartych Amerykanów.

Krótka fotorelacja w galerii – zapraszam.

Stypendia

Stypendia to forma zachęty i nagrody. Docenienie postępów ucznia i jego osiągnięć. W naszej szkole są przyznawane od dawna. Zmienia się tylko ich forma. Początkowo najzdolniejsi uczniowie otrzymywali laptopy. Później, z inicjatywy jednego z rodziców, stypendium przyznawano także tym, którzy pracowali nad sobą i poprawili swoje zachowanie. Od niedawna, dzięki jednej z naszych nauczycielek, uczniowie liceum, którzy godnie reprezentują naszą szkołę, osiągają sukcesy i wysokie wyniki w nauce, mogą wyjechać do Stanów Zjednoczonych. To ogromne wyróżnienie i szansa dla młodych ludzi. Przeczytajcie relacje z pobytu w USA! Swoimi wrażeniami podzielą się licealistki – Barbara Sikora i Aleksandra Sucharska.

Maria Grzebyta-Kropska

My American Dream. Ola Sucharska opowiada o pobycie w Stanach Zjednoczonych.

Stany Zjednoczone – dla wielu ideał wolności, demokracji i równości, dla innych szansa na polepszenie swojego życia czy rozwinięcie kariery. Dla mnie to niesamowite doświadczenie pełne nauki i interesujących wniosków. Z resztą, zaraz sami się przekonacie…

Drogie koleżanki i mili koledzy, warto dawać z siebie w szkole wszystko! Właśnie dzięki temu minione wakacje spędziłam w państwie na czwartym miejscu pod względem powierzchni i trzecim miejscu w konkursie liczby ludności. Rada Pedagogiczna, Pani Kasia Jurkowska wraz ze swoim mężem Johnem oraz moja rodzina goszcząca sprawili, że to lato pozostanie w moim sercu na zawsze, za co im niezmiernie dziękuję.

Mój „Amerykański Sen” rozpoczął się 9 lipca i trwał sześć tygodni. Po trzech wyczerpujących lotach dotarłam do miejscowości Felch w stanie Michigan – mojego drugiego domu. Właśnie tutaj nastąpiło pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Nie zobaczyłam bowiem wysoce uprzemysłowionych Stanów z dużym zaludnieniem, lecz niemalże dzikie lasy krainy Wielkich Jezior. Okazało się też, że „bożkiem” dla miejscowych ludzi wcale nie jest pieniądz. Wiele bardziej cenią oni czas wspólnie spędzony z rodziną i znajomymi, zapierające dech
w piersiach zachody słońca, a także inne dary natury (w szczególności „biorące” ryby, jak przystało na ludzi jeziora). Nauczyłam się tutaj, że odwiecznie powtarzane przez uczniów przy omawianiu utworów Horacego carpe diem może znaleźć zastosowanie w realnym życiu. Zrozumiałam, jak ważna jest radość z każdej chwili, że martwienie się, co przyniesie jutro, prowadzi tylko do frustracji. Brałam po prostu przykład z Amerykanów, którzy wykazali się imponującą pogodą ducha, „wyluzowanym” podejściem do życia i ogromną życzliwością.

Jednak mimo tak dobrej opieki, jaką otrzymałam od rodziny Lindholmów, bardzo tęskniłam za swoimi bliskimi. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo kocham moją ojczyznę
oraz rodowity język i że nic nigdy nie będzie w stanie tej miłości zastąpić.

To na tyle z tej nauki, teraz czas na rozrywkę! Koszykówka, sporty wodne jak tubing, wakeboarding, paddleboarding, pływanie kajakami czy łowienie ryb są tam na początku dziennym. Moja pierwsza reakcja na taką dawkę adrenaliny była prześmieszna – kurczowo trzymając się pontonu, na którym z zawrotną prędkością byłam ciągnięta przez skuter wodny, w kółko powtarzałam z zamkniętymi oczami „I’m gonna die!”. Zabawa okazała się jednak nie do opisania. W połączeniu z częstymi ogniskami (idącymi w parze z jedzeniem smores’ów), wieczornymi konkursami strzelania do celu z BB gun’ów i obserwowaniem zjawiskowego nocnego nieba była po prostu bombowa!

Oprócz Michigan zobaczyłam też Wisconsin, Minnesotę i Dakotę Południową, czyli cały przekrój amerykańskich krajobrazów: od gęstych lasów i największych jezior na świecie na północy przez pola kukurydzy o imponujących rozmiarach, Wielkie Równiny, stepy i prerie z niesamowitymi górami z piaskowca, aż po podnóże groźnych Gór Skalistych, których zbocza są pokryte czerniejącymi z oddali lasami sosnowymi.

Moim pierwszym większym punktem na wycieczce krajoznawczej były Badlands, czyli góry i doliny ciągnące się przez 60 mil, całe z piaskowca przyjmującego barwy od żółci
aż po róż. Z pozoru są niesamowicie suche i nieprzyjazne, jednak po kilku godzinach można dostrzec ich surowe piękno, docenić głuchą ciszę i może nawet wypatrzeć życie, którym
w rzeczywistości tętnią Badlands. Wiele kilometrów dalej moim oczom ukazały się rdzawo-czarne góry, ponieważ następnym przystankiem był Custer State Park w regionie Black Hills. Ten park urzekł mnie w szczególności. Wędrówki wśród wyjątkowych rzeźb skalnych dłuta wody wykonanych przed wieloma milionami lat, małe jeziora z taflą tak spokojną, że mogłyby posłużyć za lustro, dzikie stada bizonów, lunch w otoczeniu piesków preriowych – to tylko niektóre z przygód, jakie mnie tu spotkały. Równie niezapomniana pozostanie Devils Tower, magmowa, samotna góra wznosząca się na około 1,5 km pośrodku równiny. Oprócz tego,
że jest obiektem kultu rodowitych Indian, stanowi także raj dla miłośników wspinaczki. Byłam także 200 stóp pod ziemią w Wind Cave, węglanowej jaskini, która swoją nazwę zawdzięcza panoszącym się w niej wiatrom wyrównującym jej ciśnienie z tym panującym na zewnątrz. Ciekawym punktem wycieczki było też safari w Bear Country, gdzie w odległości kilku metrów ode mnie widziałam zarówno dorosłe, jak i psotne młode niedźwiedzie (w tym niedźwiedzia grizzly), wilki, lwy górskie i wiele innych zwierząt. Ukoronowaniem mojego wyjazdu była Góra Rushmore z 18-metrowymi obliczami czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych: George’a Washingtona, Thomasa Jeffersona, Theodore’a Roosevelta oraz Abrahama Lincolna, którzy swoją działalnością w szczególności przyczynili się do rozwoju USA. Po tak patetycznych przeżyciach z przyjemnością oddałam się zabawie w Noah’s Ark – największym wodnym parku rozrywki w Stanach.

To, co dobre, niestety szybko się kończy. Dopiero co zakosztowałam amerykańskiego życia w pełni, a już musiałam lecieć do Polski. Sama podróż powrotna okazała się sprawdzianem dojrzałości i zaradności (w tamtej chwili ogromnie stresująca, teraz jest niezłą przygodą do opowiadania wnukom). Po tak obfitych w zabawę i naukę wakacjach, bogatsza
w nowe doświadczenia (oraz trochę tkanki tłuszczowej) z przyjemnością wróciłam do mojej rodziny. Co prawda, gdzieś głęboko w moim sercu zakiełkował żal, że być może już nigdy nie spotkam Lindholmów, że ten wyjazd do słynnych Stanów Zjednoczonych był pierwszy
i ostatni, lecz z drugiej strony – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Zapraszam do galerii.

Aleksandra Sucharska

 

Basia Sikora z klasy II PSLO podbiła Stany Zjednoczone!

Zespół Szkół Salezjańskich w Poznaniu to miejsce, gdzie pomaga się spełniać marzenia i realizować cele. Nauczyciele i wychowawcy pomagają na co dzień, gdy stawiamy czoła zwyczajnym wyzwaniom. Ale nie pozostają obojętni także wtedy, gdy marzenie wydaje się niemożliwe do realizacji. Miałam okazję przekonać się o tym całkiem niedawno.

Rada Pedagogiczna wybrała mnie, bym mogła wyruszyć w podróż do Stanów Zjednoczonych. Jestem pewna, że kolejni uczniowie też pójdą w moje ślady. Nigdy nie zapomnę uczucia, które towarzyszyło mi, kiedy dowiedziałam się, że wkrótce będę mogła zobaczyć to niezwykłe miejsce. Po prostu… zaniemówiłam. Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze trochę formalności i załatwiania spraw urzędowych. Byłam jednak przekonana – warto podjąć się tego wysiłku.

Z radością i entuzjazmem mieszały się oczywiście wątpliwości. Pojawiał się strach i niepewność. Tych uczuć nie kryli również moi rodzice. Samolot jest najbezpieczniejszym środkiem transportu. Jednak perspektywa oderwania się od ziemi i świadomość, w jak niebezpiecznych czasach żyjemy, na pewno nie pomagały. „Po drodze” trzeba było jeszcze odwiedzić stolicę, by odebrać wizę. Cieszę się, że mogłam zobaczyć Warszawę, to piękne miasto.

Lot był niezapomnianym przeżyciem. Na miejscu zaopiekowała się mną rodzina Lindholmów. Mieszkaliśmy razem przez pięć niezwykłych tygodni. Rodzinka była naprawdę sympatyczna: Vicki i Jimmy – rodzice wychowujący trzy wyjątkowe córki. Z siedemnastoletnią Claire miałam kontakt już przed podróżą. Umożliwiły nam to nowoczesne środki komunikacji. Szybko też znalazłyśmy wspólny język, ponieważ połączyły nas takie same pasje. Czternastoletnia Holly i dwunastoletnia Vanessa także spędzały z nami sporo czasu.

Na nudę nie mogłyśmy narzekać. Przede wszystkim dlatego że Felch Township – prowincja położona w północnej części stanu Michigen, gdzie mieszkała moja tymczasowa rodzina – była położona w bardzo malowniczym miejscu. To zupełnie zburzyło moje wyobrażenie o Stanach Zjednoczonych. Byłam bardzo mile zaskoczona. Tam zetknęłam się z Ameryką odległą od stereotypowych skojarzeń, daleką od ruchu ulicznego i drapaczy chmur, ale z dziką naturą, przepięknymi zachodami słońca, życzliwymi ludźmi, ciszą i spokojnym rytmem życia.

W ciągu tygodnia często przebywałyśmy nad jeziorem. Pomysłów, by zorganizować sobie czas, nie brakowało. Chętnie uprawiałyśmy sporty wodne. Łapałyśmy też żółwie i żaby. Okazało się, że stworzenia te są bardzo fotogeniczne. Lubiłyśmy robić im zdjęcia. Oczywiście po każdej takiej sesji zwierzęta były przez nas wypuszczane. Spokojnie wracały z powrotem do swojego naturalnego środowiska.  Nie zapominałam także o integracji z zagranicznymi rówieśnikami. To była świetna zabawa. Czułam, że z każdym dniem mogłam czuć się bardziej swobodnie, bariera językowa już nie stanowiła problemu.

W czasie weekendów celem naszych wypraw były zwykle miejsca oddalone nieco dalej od domu. Podróżowaliśmy tam zwykle całą rodziną. Jako środek transportu służył nam oczywiście samochód. Zwiedzaliśmy okoliczne miasta. Byłam w Chicago, które zwane jest także Wietrznym miastem („Windy city”). Miejscowość leży w stanie Ilinois. Największe wrażenie zrobiły na mnie wieżowce i drapacze chmur.  Jest ich tutaj aż czterdzieści. Wyglądają bardzo różnorodnie: postmodernistyczne, szklane, współczesne – takie, które kształtem przypominają lodowiec. To miasto nigdy nie śpi, a jego gwar nie cichnie. To również zrobiło na mnie wrażenie. Zadbaliśmy, by odwiedzić również miejsca „edukacyjne”. Byliśmy w muzeum, gdzie mogłam zobaczyć szkielet ogromnego dinozaura i dowiedzieć się wielu ciekawych faktów o historii naszej planety.

Nie zapominaliśmy również o rozrywce. Nigdy nie zapomnę adrenaliny, która pojawiła się podczas zabawy w parku rozrywki, gdzie zjeżdżałam z najwyższych Rollercostrów. Na uwagę zasługuje fakt, że ten park rozrywki mieścił się w środku gigantycznej galerii handlowej. To może zdarzyć się tylko w Minneapolis

Charakterystycznym punktem północnej części Stanów Zjednoczonych jest Kraina Wielkich Jezior.  Podczas jednego z naszych wyjazdów udaliśmy się nad największe pod względem powierzchni jezioro – Ontario ( jezioro Górne). Moim oczom ukazały się krajobrazy odmienne niż w poprzednich punktach wycieczek. Krystalicznie czysta, zimna woda, która rozciąga się aż po sam horyzont. To zbiornik ogromny jak morze. Miałam okazję również spędzić parę dni nad jeziorem Michigan i Huron, był to wyjazd niespodzianka. zaplanowany przez Vicki i Jimm’ego w przedostatni weekend pobytu.  Do miejsca noclegu dostaliśmy się, przejeżdżając przez pięciomilowy most, aby stamtąd udać się statkiem na Mackinac Island – wyspę wolną od ulicznego zgiełku, na której jedyne dozwolone środki komunikacji (oprócz własnych nóg)  to bryczka i rower. Zadbane kwiaty i skalniaki,  drewniane domki w pastelowych kolorach, faktorie czekolady i popcornu nadawały miejscu dużo uroku i charakterystycznego klimatu. Wyspa stała się jednym z moich ulubionych miejsc odwiedzonych podczas całej podróży.

Wyjazd z pewnością nie byłby taki udany, gdyby nie rodzina na jaką trafiłam.  Jej gościnność i serdeczność sprawiła, że przez pięć tygodni pobytu ich dom stał się dla mnie prawdziwym domem.  Wyjazd oprócz szansy na podszkolenie umiejętności językowych, pozwolił mi zetknąć się z inną kulturą. To okazało się ciekawym i inspirującym doświadczeniem Obcowanie w życiu codziennym z ludźmi o innej mentalności, innym podejściu do życia i problemów, czy zetknięcie się z inaczej rozumianą rozrywką i poczuciem humoru, było bardzo wzbogacającym doświadczeniem. Zachwyciłam się pięknem innego kraju. Nie zapominałam oczywiście o tym, co pięknego zostawiłam w Polsce. Za tym tęskniłam. Wracam dojrzalsza i pewniejsza siebie. Jestem też bogatsza o coś bardzo cennego – nowe relacje i więzi, które mają szansę przetrwać, jeśli będą odpowiednio pielęgnowane. Postaram się o to ze wszystkich sił.

Dziękuję Pani Katarzynie Jurkowskiej i jej mężowi Johnowi Nowickiemu. To dzięki ich życzliwości mogłam otworzyć drzwi do zupełnie innego miejsca, niż te, które znałam do tej pory. Teraz wiem, że kolejne będę otwierać już pewniej i swobodniej. Jestem wdzięczna szkole, że nie tylko o marzeniach mówi, ale także pomaga je spełniać. To wielki skarb. 

usakolaz-1